Posty

Najnowsze

Festyn Polimpijski

Zawsze uwielbiałem takie festyny. Tłumy osób, każdy innej rasy, innego pochodzenia. Nie boisz się, że ktoś ciebie zabije przez to, kim jesteś, możesz być nawet zombie i każdy ciebie szanuje. Dlatego też kochałem Illangę, w której takie wydarzenia były codziennością. Nikt tutaj nie próbował mnie spalić na stosie, czy zamknąć w ciemnym lochu. Byłem wolny i uwielbiany przez innych, traktowany na równi z ludźmi, w końcu... byłem kiedyś jednym z nich. Nie raz w czasie trwania festynu Polimpijskiego natrafiłem też na cudowne osoby, miłe, przyjazne, gadatliwe jak ja lub lubiące słuchać o moim życiu. Rzadziej, ale nadal spotykałem przeurocze osóbki, takie... z którymi mógłbym spędzić resztę życia. Tak, wiem, że jestem wampirem i jestem martwy, ale wiecie, o co chodzi. Nie raz w Polimpii się zakochałem. Co dziwne, mimo mojego uroku zawsze byłem odrzucany lub traktowany jako zabawka na jedną noc. Jednak... Nigdy się nie poddałem i zawsze próbowałem. Co więcej, byłem pewien, że w tym roku na pewn...

Ciebię

Cię siedział jak zwykle samotnie na korytarzu. Prawie nikt nie zwracał na niego uwagi. Była tylko jedna osoba, która, chociaż co jakiś czas zerkała na samotnika. Był to Ciebie. Nie był ani popularny w szkole, ani tak samotny jak Cię... Miał kilku przyjaciół i oni mu wystarczali. Jednak dlaczego patrzył się na Cię? Widząc go codziennie od kilku lat samotnego, bez żadnych przyjaciel, robiło mu się smutno, ale bał się podejść i porozmawiać. Słyszał różne plotki na jego temat. Wiele wydawało się prawdopodobnych i czuł, jakby w nie wierzył, mimo że tego nie chciał. Coraz częściej przyłapywał się na myśleniu o chłopaku w taki sposób, jaki mu podano na tacy. Lecz jak w każdej bajce, musiał nastąpić tajemniczy zwrot akcji. Zwrot akcji prowadzący w efekcie do potknięcia się Ciebie o nogi Cię, siedzącego na korytarzu. Samotnik bardzo się wystraszył i podciągnął nogi pod brodę. Dopiero po chwili przyszło mu do głowy, że chłopakowi mogło się coś stać. — Wszystko dobrze? — zapytał bardzo cicho. Był...

Wyspa wielorybów (prolog)

Władca samotnego, wyludnionego królestwa siedział na wielkim tronie, w samotnym, wyludnionym i wielkim zamku. W powietrzu czuł pustkę, ale i przepełnienie, jakby jego wnętrze wlewało się do każdego pomieszczenia twierdzy. Blondyn oparł głowę na ręce i rozejrzał się po sali tronowej. Bywał tu bardzo często, ale zawsze było coś, co zauważał pierwszy raz. Jednak w rzeczywistości była to za każdym razem ta sama zwykła rzecz. Chłopak westchnął, pragnął gdzieś iść, ale nie miał siły wstać z tronu. Prawdę mówiąc, nawet nie chciał mieć siły, wolał umrzeć, siedząc tu, niż chodząc po lesie. Miał już wszystkiego dość. Ostatni mieszkańcy jego królestwa opuścili je niby niedawno, ale chłopiec czuł, jakby minęły wieki. Zaczęła doskwierać mu samotność, której zawsze tak bardzo mu brakowało, więc przekonał się wreszcie, że to nie to o co prosił te wszystkie lata. Blondyn siedział tak kilka godzin. W końcu zmęczony myśleniem podniósł obolałe ciało z tronu i poszedł powolnym, i ospałym krokiem w stronę ...

Buka straszy nie tylko Muminka

Wstanie, przed wschodem słońca, jest raczej czymś niecodziennym dla dziecka w wieku przedszkolnym, no przynajmniej dla mnie takie było. Nie wiedziałam czemu, ale zamiast próbować spać dalej, usiadłam na łóżku, po czym zeszłam ostrożnie po drabince, łóżko było dwupiętrowe i jakby nigdy nic poszłam korytarzem do kuchni. Zobaczyłam tam moją mamę. Siedziała na krześle naprzeciwko wejścia do jadalni i tym samym, naprzeciwko drzwi do mojego pokoju. Nie zauważyłam jej wcześniej, wychodząc z sypialni. Atmosfera była dziwna, ciężka. Pojawiło się coś jakby gęsta mgła, zabierająca i dusząca szczęście, odcinająca światło. Wszystko było ciemne a wiele z rzeczy bezkształtnych. Nie pamiętam, co mama wtedy mówiła. Wiem tylko tyle, że zrobiła mi kanapki, i jak zawsze rano przed pójściem do przedszkola. Potem, jak zresztą zawsze, poszła się myć. W ciemnościach dookoła mnie było ledwo co widać, jedynym źródłem światła stało się małe okienko w drzwiach łazienki.  Jadłam, zapatrzona w przedpokój, pierw...

"Coś gorszego od burzy"

Pierwsze co pamiętam to moment gdy otworzyłem oczy. Zobaczyłem wtedy kilka dziwnie wyglądających, pustych kapsuł. W następnej chwili już leżałem na ziemi. Nie rozumiejąc, co się dzieje, podniosłem się. Nogi miałem jakby z waty, ale jednocześnie były sztywne i obolałe. Po przejściu kilku kroków do moich uszu dobiegł głośny, wysoki lub może nawet czasem niski dźwięk, wystraszyłem się.  W strachu pobiegłem do jakichś drzwi, były otwarte, więc przez nie uciekłem z tego niezwykle głośnego pokoju. Bolały mnie uszy, głowa, nogi i nawet ręce, później poczułem także głód.  Nagle tuż obok mojej głowy coś przeleciało, a jakbym się nie przesunął, dostałbym centralnie a czaszkę. Rozejrzałem się, ale nikogo nie zauważyłem, więc przeszedłem jeszcze kawałek i dotarłem do wyjścia na taras widokowy budynku, w którym się znajdowałem. Przy każdym powiewie wiatru robiło mi się jeszcze zimniej, bo miałem na sobie tylko koszulkę, krótkie spodenki i trampki. Widok był jak w każdym dużym mieście, ale ...

Sad end

Świat jest taki intrygujący, a życie ciekawe i pełne niespodzianek, prawda? Jeśli tak uważasz, witaj w klubie “chorych”. Dla całej mojej rodziny, znajomych i nauczycieli, to, że się, chociażby uśmiecham, jest objawem choroby. Jakiej? Szczęścia. U niektórych szczęście łatwo się leczy i czasem nawet od razu popełniają samobójstwo. Z takiego dziecka rodzice są dumni. Im młodszy dzieciak, tym duma większa. A dla moich rodziców powodem do dumy nigdy nie będę. Dlaczego? Ja niestety należę do tej grupy osób… chorych od narodzin. Nie zachorowałem na szczęście, ja się z nim urodziłem.  Takich ponoć leczy się najciężej, bo nic nie rozumieją, chcą być szczęśliwi i kropka. Lecz jest to tylko pierwszy stopień chorego na szczęście od urodzenia. Drugim jest próba namawiania innych do życia pełnią życia. Wtedy miarka już się przelewa… Na taką osobę czeka zamknięty ośrodek. Ośrodek ten, “szpital nieszczęść” to najgorsze miejsce, do którego może trafić chory. Nie tylko codziennie starają mu się wmów...

Skoczyłem!

Niebo czerwone od zachodzącego słońca, w dole świecące na wszystkie kolory bilbordy i latarnie oświetlające drogi wielkiego miasta. Na ulicach było jednak mało ludzi, a jeśli już byli, to zapatrzeni z telefony lub wystawy sklepowe. Mnie nie widział nikt. Z wysokiego, no może nie aż tak wysokiego jak te wszystkie drapacze chmur, budynku obserwowałem wszystko, co działo się na około. Moje nogi swobodnie wisiały nad przepaścią, ale ciągle się jeszcze wahałem więc powoli, co jakiś czas przesuwałem się lekko do przodu. Myślałem tylko w kółko i w kółko "Co jeśli tak się nie da?", ale odpowiedź była tylko jedna "Nie dowiesz się, póki nie spróbujesz". Siedziałem tu już długo. Wiatr był coraz mocniejszy, niebo ciemniejsze. — Wszedłeś tu w południe. Skocz wreszcie. Nie bój się! — powiedziałem, a raczej prawie krzyknąłem do siebie, nie było tu nikogo innego. — Kurwa! — położyłem się na plecach, nogi nadal zawisły z krawędzi budynku. W końcu zebrałem się na odwagę, w...

Krótkie opowiadanie bez tytułu

Niezależnie od tego, w którą stronę, by nie spojrzeć, po horyzont rozciągało się morze lub nawet już ocean. Pierwszy raz w moim, może i krótkim, życiu czułem się wolny, jednak jednocześnie, uwięziony. Czułem jakby, miały nade mną ciągłą kontrolę. Mimo że były trzymane w zamknięciu, ciągle miałem wrażenie, że mogą uciec i znowu mi w czymś przeszkodzić. Całkiem niedawno uciekłem z lądu, właściwie to nie wiem kiedy i nie wiem, czy tego chciałem lub, czy było to dla mnie dobre. Jednakże jestem tutaj i nie warto roztrząsać przeszłość, której i tak nie znam. Wiele z niej mi umknęło już wiele lat temu. Czasem też zapominam rzeczy całkiem oczywistych, które zdaje się, powinienem pamiętać. Któregoś niesprecyzowanego dnia, gdzieś w przeszłości zapomniałem zamknąć kreatury znajdujące się pod podkładem. Nie było to za przyjemne przeżycie. Samo ich wyjście na powierzchnię było koszmarne. Przeszywały moją duszę swoimi spojrzeniami lub samą obecnością tuż obok mnie, miałem ochotę zatrzymać się...