"Coś gorszego od burzy"

Pierwsze co pamiętam to moment gdy otworzyłem oczy. Zobaczyłem wtedy kilka dziwnie wyglądających, pustych kapsuł. W następnej chwili już leżałem na ziemi. Nie rozumiejąc, co się dzieje, podniosłem się. Nogi miałem jakby z waty, ale jednocześnie były sztywne i obolałe. Po przejściu kilku kroków do moich uszu dobiegł głośny, wysoki lub może nawet czasem niski dźwięk, wystraszyłem się. 

W strachu pobiegłem do jakichś drzwi, były otwarte, więc przez nie uciekłem z tego niezwykle głośnego pokoju. Bolały mnie uszy, głowa, nogi i nawet ręce, później poczułem także głód. 

Nagle tuż obok mojej głowy coś przeleciało, a jakbym się nie przesunął, dostałbym centralnie a czaszkę. Rozejrzałem się, ale nikogo nie zauważyłem, więc przeszedłem jeszcze kawałek i dotarłem do wyjścia na taras widokowy budynku, w którym się znajdowałem. Przy każdym powiewie wiatru robiło mi się jeszcze zimniej, bo miałem na sobie tylko koszulkę, krótkie spodenki i trampki. Widok był jak w każdym dużym mieście, ale miałem wrażenie, jakby stało pośrodku niczego, na środku pustyni. W dole chodzili ludzie, mimo że w pierwszej chwili myślałem, że to miejsce jest zupełnie opuszczone. Za to chwilę później… Miałem przed oczami tylko ciemność. Nie jestem pewien czy straciłem przytomność, czy może po prostu zamknąłem oczy. 

— Jest okropnie rozgrzany... — zobaczyłem klęczącego przy mnie chłopaka, a za nim drugiego. Chyba był pilotem lub… kierowcą? Nie miałem pojęcia, jaka mogła być to maszyna. — Jednak żyjesz, jak dobrze — uśmiechnął się do mnie ten pierwszy, niewiele widziałem, wszystko jakby przez mgłę. Bolała mnie głowa, świat wirował i nie mogłem w pełni otworzyć oczu. Jakby coś mi je trzymało, sprawiało to straszny ból. Chłopak po chwili dodał. — Jednak jest gorzej, niż myślałem... Choroba — podał mi coś w rodzaju leku. Znowu zasnąłem. 

Nie wiem, ile spałem, nikt, nawet tego mi nie powiedział, a ja nie pytałem. Jedyne czego byłem pewien to fakt, że obudziłem się w nieznanym mi domu w jakimś dziwnym, jakby zatrzymanym w czasie starożytnym mieście. Wszędzie był piasek, miałem wrażenie, że domy także były z niego zbudowane. Oczywiście budynki wydały mi się za duże, by mogły być z tylko tego budulca, jednak mój mózg nie był w stanie pojąć, z czego innego mogły być wzniesione. Ale… Czy ja cokolwiek pamiętałem? Czy da się myśleć logicznie, jak nie ma się żadnego oparcia o przeżycia swoje czy innych?

Jeden z chłopców, zaproponował mi spacer. Zgodziłem się, czemu miałbym odpowiedzieć, że nie? Teraz czułem się pełen sił, nic mnie nie bolało. Było to dla mnie miłe zaskoczenie.

Prawie nie rozmawialiśmy. Nawet nie spytał mnie o imię. Zresztą... Sam go nie znam. Co miałbym mu odpowiedzieć?

A może nie pytał, bo wiedział, że nie odpowiem?

— Nadchodzą! — usłyszeliśmy głos drugiego. — Są coraz bliżej! — spostrzegliśmy, że biegnie co sił w nogach w naszą stronę, a za nim... Wysoka na kilka setek kilometrów, i na tyle szeroka ściana piachu. Razem z nią leciały różne przedmioty, porwane przez ogromną prędkość i siłę.

— Co to do cholery jest?! — krzyknąłem przerażony, a chłopak rzucił mi jakieś gogle i kawałek materiału.

— Coś gorszego niż burza. Zakładaj to — z wielką nadzieją, że przeżyjemy, zrobiłem, co kazał.

- - - Uwielbiam pisać opowiadania na podstawie snów...

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Sad end

Wyspa wielorybów (prolog)

Skoczyłem!