Festyn Polimpijski
Zawsze uwielbiałem takie festyny. Tłumy osób, każdy innej rasy, innego pochodzenia. Nie boisz się, że ktoś ciebie zabije przez to, kim jesteś, możesz być nawet zombie i każdy ciebie szanuje. Dlatego też kochałem Illangę, w której takie wydarzenia były codziennością. Nikt tutaj nie próbował mnie spalić na stosie, czy zamknąć w ciemnym lochu. Byłem wolny i uwielbiany przez innych, traktowany na równi z ludźmi, w końcu... byłem kiedyś jednym z nich.
Nie raz w czasie trwania festynu Polimpijskiego natrafiłem też na cudowne osoby, miłe, przyjazne, gadatliwe jak ja lub lubiące słuchać o moim życiu. Rzadziej, ale nadal spotykałem przeurocze osóbki, takie... z którymi mógłbym spędzić resztę życia. Tak, wiem, że jestem wampirem i jestem martwy, ale wiecie, o co chodzi. Nie raz w Polimpii się zakochałem.
Co dziwne, mimo mojego uroku zawsze byłem odrzucany lub traktowany jako zabawka na jedną noc. Jednak... Nigdy się nie poddałem i zawsze próbowałem. Co więcej, byłem pewien, że w tym roku na pewno się uda!
Od razu po przybyciu z rodziną na miejsce, oddzieliłem się od nich i zacząłem szukać tej jedynej, najsłodszej osoby, tej, która skradnie moje serce, a ja jej. Oczywiście ciągle musiałem robić przerwy w szukaniu ukochanej, by przywitać się z przyjaciółmi lub, z każdym z rodziny królewskiej z osobna... Z Jackiem oczywiście się zagadałem na naprawdę kilka godzin, jednak to chyba pomogło mi w poszukiwaniach. Gdy zamawiałem z nim jedną z magicznych przekąsek u mojej dobrej znajomej i doświadczonej czarownicy Mildy Fluellen, zobaczyłem tą jedyną. Zobaczyłem tą, której szukałem.
Dziewczyna miała piękne, rude włosy do szczęki, jasne cudowne oczy... Siedziała zupełnie sama przy stole. Nie wydawało się jakby na kogoś czekała więc pożegnałem się z księciem Marci i w sekundę później byłem obok tej piękności. Usiadłem obok.
Zaskoczona spojrzała na mnie, widziałem po jej minie, że nie była zadowolona, że ktoś obok niej siada i to tak blisko, więc lekko się odsunąłem.
— Hej, jesteś tu pierwszy raz? — zacząłem, mając nadzieję, że brzmię naturalnie.
— Eee... Ta? Czego... — nie pozwoliłem jej jednak dokończyć i szczęśliwy zaproponowałem jej, że ją oprowadzę.
— Po co? O co ci chodzi? — wyglądała na lekko zirytowaną.
— No wiesz, jest tu wiele ciekawych atrakcji i co najważniejsze, wiele pysznego jedzonka — uśmiechnąłem się szeroko, nieświadomie pokazując zęby i gdy zobaczyłem wyraz jej twarzy, zorientowałem się, że raczej nie przepada za kłami wampirów. — Mogę przynieść ci moje ulubione dania. Na pewno wiele z nich polubisz! — wykrzyknąłem i zniknąłem, nie pozwalając jej nawet wypowiedzieć się na ten temat.
Poszukiwania jedzenia, które jej mogło zasmakować, nie trwało długo, więc też szybko wróciłem do mojej ukochanej.
— Przyniosłem Rionijskie przysmaki moja nimfo — powiedziałem, kładąc przed nią jedno z najdroższych dań, które istniało w Rioncie. Kupiłem akurat to, gdyż wiedziałem, że było to ulubione danie z ojczyzny mojego przyjaciela: Nathaniela.
— Nimfo? — rudowłosa spojrzała na mnie zezłoszczona.
— B-boginio? — zapytałem przestraszony jej miną — czy może być w takim razie boginio?
— Czemu po prostu nie zapytasz mnie o imię?
— Chciałem nazywać cię tymi nazwami, które wskazują na to... kim dla mnie jesteś — powiedziałem niepewny i ciągle wystraszony.
— Więc skoro jestem boginią, będziesz się mnie słuchał?
— Oczywiście moja kochana! — wykrzyknąłem bez mniejszego zastanowienia.
— Więc... Skoro tak to... Spierdalaj — odwróciła się do mnie tyłem i odsunęła w moją stronę jedzenie, które jej kupiłem.
— Ale nimfo... — zrozpaczony kolejnym odrzuceniem próbowałem wymyślić coś, żeby przekonać ją do tego zmiany zdania.
— Odwal się wreszcie. No i mam na imię Kornelia idioto — powiedziała stanowczo.
— Ja... mam na imię Eryk — powiedziałem z braku możliwości na podtrzymanie rozmowy, która pomogłaby mi zmienić jej zdanie, ale w końcu wpadłem na, moim zdaniem, dobry pomysł — czemu nawet nie chcesz przyjąć prezentu? — do moich oczu zaczęły napływać łzy, przez co nie zauważyłem, gdy podeszła do nas trochę wyższa od Kornelii dziewczyna z ciemnymi włosami.
— Co się dzieje kochanie? — zapytała Kornelię i spojrzała na mnie. Wtedy wreszcie ją spostrzegłem, a dosłownie chwilę później zorientowałem się, co powiedziała.
Moja bogini i nimfa pocałowała ją w policzek, pytając, czemu tak długo nie przychodziła. Potem wstała i obie poszły w stronę nawiedzonego domu.
Zapłakany zacząłem jeść to co kupiłem dla rudowłosej i układałem już w głowie kolejny plan rozmowy z moim kolejnym, zaobserwowanym już, obiektem westchnień. Tym razem jednak chciałem zacząć od pytania o imię i czy jest z kimś w związku.
Kiedy wreszcie się ogarnąłem i zebrałem w sobie, by podejść do chłopaka, którego miałem na oku od ostatnich kilku minut, ten... chyba oświadczył się dziewczynie, z którą wcześniej kupował słodycze.
- - -
Eee... To po prostu odpowiadanie o postaci z mojego uniwersum. Nie ma powodzenia w życiu miłosnym, zresztą jak ja XD
Eryk to jakaś tam dalszoplanowa postać z głównej historii, nad którą ciągle pracuję, a Kornelia to bardzo miła osóbka, której obiecałem, że to napiszę.
Komentarze
Prześlij komentarz