Buka straszy nie tylko Muminka

Wstanie, przed wschodem słońca, jest raczej czymś niecodziennym dla dziecka w wieku przedszkolnym, no przynajmniej dla mnie takie było. Nie wiedziałam czemu, ale zamiast próbować spać dalej, usiadłam na łóżku, po czym zeszłam ostrożnie po drabince, łóżko było dwupiętrowe i jakby nigdy nic poszłam korytarzem do kuchni. Zobaczyłam tam moją mamę. Siedziała na krześle naprzeciwko wejścia do jadalni i tym samym, naprzeciwko drzwi do mojego pokoju. Nie zauważyłam jej wcześniej, wychodząc z sypialni. Atmosfera była dziwna, ciężka. Pojawiło się coś jakby gęsta mgła, zabierająca i dusząca szczęście, odcinająca światło. Wszystko było ciemne a wiele z rzeczy bezkształtnych. Nie pamiętam, co mama wtedy mówiła. Wiem tylko tyle, że zrobiła mi kanapki, i jak zawsze rano przed pójściem do przedszkola. Potem, jak zresztą zawsze, poszła się myć.


W ciemnościach dookoła mnie było ledwo co widać, jedynym źródłem światła stało się małe okienko w drzwiach łazienki. 


Jadłam, zapatrzona w przedpokój, pierwszą kanapkę, powoli wszystko gryząc i niemalże delektując się każdym składnikiem. Jednak nie tylko ja wtedy jadłam z takim smakiem, zrobione przez moją mamę kanapki. Odwróciłam się po kolejną kromkę. Na talerzu zostały trzy. Dobrze pamiętałam, iż było ich o wiele więcej. Obok stołu, kątem oka spostrzegłam coś dużego i czarnego. Chwilę później – oczy. Te mieniące się wszystkimi kolorami oczy. Zmora złapała mnie, a wydawało się, jakby nawet się nie ruszyła. Czułam, że się duszę, pomimo braku rąk u kreatury, które mogłyby mnie złapać. Nie mogłam krzyczeć, prosić o pomoc.


— Mamo — udało mi się wyszeptać moje ostatnie słowo.



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Sad end

Wyspa wielorybów (prolog)

Skoczyłem!