Skoczyłem!
Niebo czerwone od zachodzącego słońca, w dole świecące na wszystkie kolory bilbordy i latarnie oświetlające drogi wielkiego miasta. Na ulicach było jednak mało ludzi, a jeśli już byli, to zapatrzeni z telefony lub wystawy sklepowe. Mnie nie widział nikt.
Z wysokiego, no może nie aż tak wysokiego jak te wszystkie drapacze chmur, budynku obserwowałem wszystko, co działo się na około. Moje nogi swobodnie wisiały nad przepaścią, ale ciągle się jeszcze wahałem więc powoli, co jakiś czas przesuwałem się lekko do przodu.
Myślałem tylko w kółko i w kółko "Co jeśli tak się nie da?", ale odpowiedź była tylko jedna "Nie dowiesz się, póki nie spróbujesz".
Siedziałem tu już długo. Wiatr był coraz mocniejszy, niebo ciemniejsze.
— Wszedłeś tu w południe. Skocz wreszcie. Nie bój się! — powiedziałem, a raczej prawie krzyknąłem do siebie, nie było tu nikogo innego. — Kurwa! — położyłem się na plecach, nogi nadal zawisły z krawędzi budynku.
W końcu zebrałem się na odwagę, wstałem i spojrzałem w dół.
— Teraz albo nigdy, młody! — skoczyłem.
Jakiś czas później otworzyłem oczy. Zobaczyłem... ciemność, właściwie to nie widziałem nic poza małym punkcikiem światła w oddali. Było duszno, strasznie duszno.
— Będzie dobrze. Jesteś tu by naprawić tyle rzeczy... Uda ci się!
Zacząłem biec w stronę światełka, z nadzieją, że to nie jest jedna z tych wersji piekła, gdzie w kółko i w kółko będzie pokazywać się najgorszy moment z mojego życia.
Po kilku długich i ciężkich minutach, a może godzinach, dobiegłem do schodów. Dziwnych schodów, na których końcu był... pałac? "Co do cholery?!" pomyślałem i zacząłem się wspinać po wielkich stopniach.
— Może trzeba było jednak poprosić o to kogoś innego? — zaczynałem powoli nabierać wątpliwości co do mojego wielkiego planu.
Przystanąłem. Rozejrzałem się. Dookoła mnie ciemność. Kompletnie nic. W moich oczach pojawiły się łzy, które jednak od razu wyparowały przez gorąco.
— W co ja się wpakowałem?
Postanowiłem iść jednak dalej. Po jakimś czasie schody zaczęły się robić na tyle niskie, że mogłem wybiegać po kilka na raz.
Wreszcie. Dotarłem na górę. Przed sobą zobaczyłem wielki zamek, parlament węgierski to przy tym okruszek. Podszedłem do gigantycznych wrót i kulturalnie zapukałem.
— Ach, to ty — powiedział sam szatan, widząc mnie na progu. Widocznie nie był zadowolony moimi odwiedzinami.
— No siema. Mogę cię zabić? — popatrzyłem na niego z dołu, był naprawdę wysoki.
— Co? — zapytał, najwyraźniej nie rozumiejąc, więc powtórzyłem pytanie. — Jasne, że nie kretynie. Tak to nie działa.
— Działa.
— Nie debilu.
— Uważaj, bo ci się przymiotniki skończą!
— Idiota...
— Pff... Znam lepsze wyzwiska!
— Ta? To niby jakie?
— Ty szczeniaczku!
— O ty gówniarzu! Tak mnie nazwać!? Jesteś bezczelny!
— Wiem — powiedziałem z uśmiechem na twarzy. — To teraz mogę cię zabić?
— Jasne, że nie. To, że jesteś lepszy w wyzwiskach, nic nie znaczy!
— Znaczy — uśmiechnąłem się podłe. — Możemy teraz sprawdzić, czy jestem lepszy w szermierce?
— Ale to po obiedzie. Dobrze, mały?
— No dobra...
Lucyfer zaprowadził mnie do wielkiej, zdobionej różnorakimi płaskorzeźbami i malowidłami jadalni. Na stole leżały dwa mniejsze talerze i mnóstwo innych, większych z tonami jedzenia.
— Wow. Nieźle tu masz — powiedziałem, siadając przy stole.
— Pff... A co? Myślałeś, że jem same kości? — odpowiedziałem, że nie o to mi chodziło, po czym nałożyliśmy sobie trochę jedzenia na talerze.
— SMACZNEGO! — usłyszałem żeński głos. Nie miałem pojęcia, skąd dochodził.
— Dziękuję Maju — odpowiedział szatan z uśmiechem na ryju.
— Kto to? — zapytałem między kęsami jedzenia.
— Moja bardzo dobra znajoma z Ziemi — odpowiedział krótko, po czym wrócił do pożerania wyrośniętego kurczaka.
Zjedliśmy wszystko, bo dosłownie wszystko było przepyszne! Nie wierzę, że ktoś tak okropny ma takie wspaniałe życie...
— A więc czas na pojedynek — uśmiechnął się podle gospodarz zamku.
— Ten się będzie śmiał, kto się będzie śmiał ostatni, pamiętasz? — uśmiechnąłem się, w taki sam sposób, po czym wstałem.
Chwilę później staliśmy gotowi do walki, naprzeciw siebie w obszernej sali na piętrze.
Pojedynek się zaczął szybko i szybko się skończył. Oczywiście moim zwycięstwem. Wbiłem kreaturze szablę prosto w serce już przy pierwszym starciu. Zostawiłem jego truchło i uciekłam z pałacu. Na szczęście, jako że udało mi się zabić diabła, mogłem bez problemu wrócić do domu.
Wychodząc z ognistego portalu, prawie wpadłem na młodszego brata. Wystraszył się trochę, ale wreszcie miałem dowód na to, że...
— NISKIE OSOBY SĄ LEPSZE! POKONAŁEM SZATANA!!
- - -
Głównym bohaterem w sumie jestem ja... Mam 155 cm wzrostu ^^"
Komentarze
Prześlij komentarz