Sad end
Świat jest taki intrygujący, a życie ciekawe i pełne niespodzianek, prawda? Jeśli tak uważasz, witaj w klubie “chorych”. Dla całej mojej rodziny, znajomych i nauczycieli, to, że się, chociażby uśmiecham, jest objawem choroby. Jakiej? Szczęścia.
U niektórych szczęście łatwo się leczy i czasem nawet od razu popełniają samobójstwo. Z takiego dziecka rodzice są dumni. Im młodszy dzieciak, tym duma większa. A dla moich rodziców powodem do dumy nigdy nie będę. Dlaczego? Ja niestety należę do tej grupy osób… chorych od narodzin. Nie zachorowałem na szczęście, ja się z nim urodziłem.
Takich ponoć leczy się najciężej, bo nic nie rozumieją, chcą być szczęśliwi i kropka. Lecz jest to tylko pierwszy stopień chorego na szczęście od urodzenia. Drugim jest próba namawiania innych do życia pełnią życia. Wtedy miarka już się przelewa… Na taką osobę czeka zamknięty ośrodek.
Ośrodek ten, “szpital nieszczęść” to najgorsze miejsce, do którego może trafić chory. Nie tylko codziennie starają mu się wmówić te bzdury, że życie jest okropne, ale i puszczają mu wszystkie odcinki tych głupich seriali z telewizji. “Śmierć jest blisko”, “Samookaleczanie na śniadanie”, “Tnij się na zdrowie” czy “Zrób to sam”, w którym pokazują setki sposobów na popełnienie samobójstwa.
Skąd to wiem? Rodzice nie mogli ze mną wytrzymać i mnie tam wysłali. Bo przecież muszą być ze mnie dumni, jak z mojej siostry, do której czasem boję się przyznać… (a podobno powinienem brać z niej przykład) Sposób, jaki wybrała, zawsze będzie wywoływał u mnie dreszcze.
Po powrocie do domu z tego piekła, przyznaję to z bólem, ale naprawdę chciałem się zabić. Znalazłem w domu tabletki nasenne i już miałem połknąć całą ich garść. Wtedy jednak poczułem coś, co spowodowało, że wyrzuciłem je przez okno. Nie byłem po prostu w stanie tego zrobić.
By nie zostać odesłanym do ośrodka, musiałem się na siłę kaleczyć… Ciąć, gryźć, bić. Cokolwiek co sprawia ból i zostawia ślady. Nie miałem wyjścia. Jakbym miał gładkie ręce, uda czy brzuch, znaczyłoby to po prostu, że jestem chory. Nie chciałem tego pokazywać.
Jak się tak pomyśli, nie jest to trudne. Prawda? Chodzić smutnym, ranić się. Jednak w praktyce… Skaranie boskie.
Czy zrozumiecie bardziej moją sytuację gdy dodam jeszcze, że znalazłem paczkę przyjaciół, z którymi się spotykałem i rozmawiałem?
Było to kilka osób. W moim wieku lub rok mniej czy więcej. Wszyscy byliśmy chorzy, dlatego by uniknąć sytuacji, w której ktoś nas zobaczy śmiejących się, spotykaliśmy się w lesie, na łąkach czy gdziekolwiek daleko od miasta i ludzkości. Takie odludki z nas były, nie?
Mieliśmy nawet kilka… nie. Kilkanaście kryjówek, w których mogliśmy spędzać razem czas.
Trochę to wszystko chore. Prawda? Jakby… brak wolności. Ale spokojnie. Przecież my jesteśmy chorzy. Nie mamy nic do gadania. Bo żyjemy. A życie, to największa zbrodnia.
- - -
Jest to wprowadzenie do czegoś dłuższego, ale nie wiem kiedy pojawi się reszta...
Komentarze
Prześlij komentarz