Wyspa wielorybów (prolog)
Władca samotnego, wyludnionego królestwa siedział na wielkim tronie, w samotnym, wyludnionym i wielkim zamku. W powietrzu czuł pustkę, ale i przepełnienie, jakby jego wnętrze wlewało się do każdego pomieszczenia twierdzy. Blondyn oparł głowę na ręce i rozejrzał się po sali tronowej. Bywał tu bardzo często, ale zawsze było coś, co zauważał pierwszy raz. Jednak w rzeczywistości była to za każdym razem ta sama zwykła rzecz. Chłopak westchnął, pragnął gdzieś iść, ale nie miał siły wstać z tronu. Prawdę mówiąc, nawet nie chciał mieć siły, wolał umrzeć, siedząc tu, niż chodząc po lesie. Miał już wszystkiego dość. Ostatni mieszkańcy jego królestwa opuścili je niby niedawno, ale chłopiec czuł, jakby minęły wieki. Zaczęła doskwierać mu samotność, której zawsze tak bardzo mu brakowało, więc przekonał się wreszcie, że to nie to o co prosił te wszystkie lata. Blondyn siedział tak kilka godzin. W końcu zmęczony myśleniem podniósł obolałe ciało z tronu i poszedł powolnym, i ospałym krokiem w stronę ...